Maciej Bobrowski-Wobler TV | Polityka prywatności

"Na zachód od Sahary "

Teneryfa – wulkaniczna wyspa

 

W odległości 350 kilometrów, na zachód od Sahary położona jest największa z wysp archipelagu wysp kanaryjskich -Teneryfa. To tam postanowiliśmy spędzić dwa tygodnie, oddaleni od obowiązków dnia codziennego i oczywiście z wędkami wyruszyliśmy na szerokie wody. Na tej wyspie znajduje się kilka stref klimatycznych. Stęsknieni za słońcem wybraliśmy najcieplejszy punkt w południowej części wyspy – masyw Adeje. Temperatura, która nam towarzyszyła wahała się od 18 do 26 stopni, jednak przy tym klimacie to wystarczająco, aby swobodnie wędkować nie zakładając zbyt wielu okryć wierzchnich i łapać promienie słoneczne. Co więcej, temperatura wody wynosiła mniej więcej 18 stopni.

 

Wędkarskie rozpoznanie

 

Pierwszy dzień spędziliśmy na rzetelnym rozpoznaniu terenu. Spokojnym krokiem powędrowaliśmy do najbliższego sklepu wędkarskiego, który o dziwo był oddalony aż ponad 5 km od miejscowości, w której się zatrzymaliśmy. Nasza wyprawa pieszo była świadomym wyborem, bo jak inaczej sprawdzić najlepsze miejsca na dzień z wędką. Warto zaznaczyć, że przez całe dwa tygodnie nie udało nam się ustalić, dlaczego jest tak mało sklepów wędkarskich i dlaczego nie są one rozreklamowane wśród turystów. Naszą pierwsza rada brzmi: rozmawiajcie z lokalnymi wędkarzami. Sklep wędkarski do którego trafiliśmy był bardzo dobrze zaopatrzony. Trafiliśmy na dział, gdzie w okazyjnej cenie udało nam się wybrać skompletowany sprzęt, była to ewidentna promocja dla turystów. Za naprawdę dobrze sprawdzającą się wędkę z kołowrotkiem i żyłką trzeba było zapłacić od 30 do 70 euro. Oprócz sprzętu, spławika i kilku innych przydatnych akcesoriów, kolejnym wyborem, którego musieliśmy dokonać było miejsce wędkowania. Postawiliśmy na usypany falochron w pobliżu Playa de Fanabe, która znajdowała się tylko 10 min spacerem od naszego hotelu. Tam poznaliśmy lokalnych mieszkańców, którzy jak się okazało byli również Polakami i bardzo szybko nawiązaliśmy z nimi kontakt. Tak spędziliśmy większość czasu łowiąc z brzegu.

 

Wędkowanie czas zacząć

 

Pierwszy dzień przyniósł nam wiele wrażeń. Nie wiedząc co znajduje się pod wodą, postanowiliśmy użyć sprawdzonego i znanego nam sposobu - łowienia na krewetki. Pierwszą rybą, która połknęła haczyk była okoniokształtna Dorada – niesamowicie waleczna przez co ceniona wśród wędkarzy ryba. Osiąga ona maksymalną długość 70 cm, a nasz okaz miał około 25 cm. Pierwsza ryba, która nie okazała się nieznanym dla nas stworem, ceniona również przez smakoszy. Kolejna, która pokusiła się na krewetkę to rybka "akwariowa:, na której widok szaleliśmy. Pierwszy raz w naszym życiu widzieliśmy mieniącą się na niebiesko rybę prosto z raf koralowych. Po dłuższym wyszukiwaniu informacji dowiedzieliśmy się, że nazywa się Ornate Wrasse i osiąga maksymalnie 25 cm. Nasza była sporo mniejsza, ale czego się spodziewać po przybrzeżnych skałach. Najczęstszym gatunkiem, z którym mieliśmy do czynienia już od pierwszego dnia była z hiszpańskiej nazwy Salema. Pięknie walcząca, osiągająca maksymalną długość 45 cm ryba o złoto-srebrnym ubarwieniu. Pierwszego dnia pokusiła się również na krewetkę, ale dzięki naszej znajomości z lokalnymi wędkarzami w kolejnych dniach złowiliśmy 15 i 25 centymetrowe okazy na ciasto. Ta przynęta była dla nas największym zaskoczeniem. Nigdy w życiu nie pomyślelibyśmy, że ryby w oceanie będą kusić się na ciasto. Ciekawostką jest to, że Salemy, które łowiliśmy każdego dnia są halucynogenne.

 

Festiwal kolorów

 

Kolejny dzień na naszym „polskim cyplu” przyniósł nam wiele kolorowych i nieznanych dla nas ryb. Wszystkie, które udało nam się złowić wyciągaliśmy z płytkich, kamienistych brzegów i znów na krewetkę. Pierwszą rybą było czarne paskudztwo przypominające diabła morskiego. Kolejna to przypominająca naszego polskiego jazgarza mała około 10 centymetrowa rybka. Następna była krwisto czerwona z dużym czarnym okiem i również niewielka. Udało nam się zobaczyć także żółte, niebieskie i fioletowe ryby. Po takim festiwalu kolorów zaplanowaliśmy, że kolejnego dnia skorzystamy ze sposobu naszych nowo poznanych przyjaciół z branży i zaczniemy łowić na ciasto.

 

Prawdziwe brania

 

Dzień trzeci spędzony na falochronie z dostępem zarówno do zatoki przy plaży i do otwartego oceanu przyniósł zupełnie inne doznania. Nowa metoda łowienia na ciasto dostarczyła nam prawdziwe, mocne i agresywne brania. Rozpoczęła z hiszpańskiej nazwy Fula Negra. Angielski odpowiednik tego rodzaju to Canary Damsel. Bardzo agresywna fluorescencyjna rybka z mieniącymi się na fioletowo i niebiesko płetwami osiąga max 20 cm. Nam udało się złowić około 10 centymetrowe okazy. Znów poczuliśmy i zobaczyliśmy wyginające się wędki, kiedy późnym popołudniem podmuchy wiatru stały się słabsze i na spokojną wodę wróciły Salemy. Tego dnia udało nam się złowić największą. Następnie trafiliśmy na papugorybę – Parrot fish, kolejną rybę okoniokształtną żyjącą w pobliskich rafach i skałach. Nazwa tej ryby wzięła się od pyska, który przypomina dziób papugi. Ciekawostką, o której dowiedzieliśmy się od zaprzyjaźnionego wędkarza jest to, że zęby tej ryby są zlane w rodzaj twardej płytki, dzięki czemu może ona odgryzać obumarłe koralowce i skały, którymi się żywi. Na sam koniec dnia ze skał wypłynęła złowiona przez nas pierwszego dnia niebieska rybka, która również skusiła się na ciasto.

 

Prawdziwy odjazd

 

Z chęcią wróciliśmy w to samo miejsce jeszcze raz. W miłym towarzystwie doświadczonych wędkarzy i co więcej naszych rodaków zobaczyliśmy dopiero co niesie ze sobą ocean. Mając do dyspozycji bardziej zaawansowany i większy sprzęt postanowiliśmy złowić Lisę, o której już od kilku dni słuchaliśmy. Ryba ta łakomiła się na bułkę – zwykłe, białe pieczywo z dużą ilością kotwic. Przy naszym pierwszym, tak silnym braniu, wyciągnęła 200 m żyłki. Była nie do zatrzymania i bardzo agresywna. Po dobrych kilku minutach, kiedy odjechała nam na maksymalną odległość niestety puściła. Zdaniem naszego kanaryjskiego kolegi mogła ważyć nawet 5-6 kg, a lokalni wędkarze spotykali się najczęściej z 2-3 kilogramami. Spróbowaliśmy także złowić coś na martwą rybkę. Na naszym haczyku zawisła z hiszpańskiej nazwy Chucho Negro, czyli po prostu płaszczka. Ogromny, płaski gatunek uznawany za jeden z największych płaszczek na świecie.

 

Na głębokich wodach

 

Nie powtrzymaliśmy się również przed wypłynięciem na głębokie wody. Wykupiliśmy sześciu godzinną wyprawę u poleconej nam grupy, która na swoim koncie ma już naprawdę świetne wyniki w trollingu. Naszą przynętą była silikonowa imitacja kałamarnicy, prowadzona kilkanaście metrów pod powierzchnią wody. Cudowne widoki, towarzystwo delfinów i waleni to nie jedyna atrakcja, która na nas czekała. Parę minut po napłynięciu na ławicę wędka wygięła się w pół a hol ryby trwał prawie dwie godziny. Do jednego z większych portów, znajdującego się w Los Cristianos dopłynęliśmy z olbrzymim tuńczykiem ważącym 282 kg. Niesamowite przeżycie, emocje i z pewnością coś nowego.

 

Na zakończenie

 

Północno-zachodnie wybrzeże Afryki, zapierająca dech w piersiach Teneryfa dostarczyła nam wiele wrażeń, których byliśmy głodni przed wyjazdem. Ocean Atlantycki spowodował, że zaczęliśmy mieć jeszcze większy respekt do tak wielkiej wody. Wniosek z wyprawy nasuwa się sam – nigdy nie wiadomo, co się złowi. W okolicach wysp kanaryjskich występują tysiące gatunków ryb. Wiele z nich, szczególnie tych kolorowych posiada kolce jadowe. Nieostrożni wędkarze wakacje mogą skończyć w najlepszym przypadku kilkudniowym pobytem w szpitalu. Postanowiliśmy zabrać ze sobą rękawiczki, które i tak nie dały nam stuprocentowej ochrony i musieliśmy zachować szczególną ostrożność. Przetrwaliśmy! Z większą wiedzą, po wielu godzinach z wędką, spaleni słońcem, wracamy do domu planować kolejne wyprawy.

 

 

Autor: Karolina Gołkowska

Zdjęcia: Maciek Bobrowski

Z PASJI DO WĘDKARSTWA